poniedziałek, 31 marca 2014

Ulubieńcy ostatnich miesięcy #2


Witam was serdecznie w tym tygodniu i zapraszam na ulubieńców!
Pierwsi, a zarazem ostatni ulubieńcy na blogu pojawili się w marcu zeszłego roku. Myślę, że pora wrócić do takich postów, bo sama lubię je czytać czy oglądać filmiki na YT.
1) Puder sypki Ben Nye Cameo - puder wykończający. Gości w mojej ''kosmetyczce'' od wakacji. Na początku bardzo zastanawiałam się nad zakupem, bo cena prawie 90zł mnie odstraszała, ale przemyślałam, że jak na opakowanie 80gam produktu to całkiem przyzwoita cena i jeśli puder jest taki jak mówią to warto zainwestować.
Opakowanie do mnie nie przemawia - wygląda jak po talku dla dziecka. Musiałam przesypać do pudełeczka po pudrze z Essence. Ale później daje ładne satynowe i niepłaskie wykończenie.
Teraz towarzyszy mi prawie przy każdym makijażu. Prawie, bo po długiej przerwie wróciłam do MAC Magically Cool Liquid Powde, bo daje ładne rozświetlenie twarzy - w sam raz na wiosnę.
2) Mój najnowszy nabytek zapachowy, który jest ze mną od końca listopada. I wszystkie moje dotychczas ulubione zapachy poszły w kąt.
Down Town to typ świeżego zapachu.
Bazą zapachu jest piżmo, kadzidło, wetyweria* (cokolwiek to jest) i cedr teksański.
Nuty serca to gardenia, fiołek i różowy pieprz. Natomiast nuty głowy to bergamotka, gruszka i kwiat neroli.
* Wetyweria to olejek eteryczny, który pozyskiwany jest z traw wetywerii. Zapach tego olejku jest głęboki i zmysłowy, a do tego uspokajający.

3) Bronzer Benefit Hoola. Matowy bronzer zamknięty w kartonowym opakowaniu, które jest charakterystyczne dla marki. Długo się utrzymuje i ładnie podkreśla kości policzkowe.
Przywędrował do mnie za oceanu i ma się całkiem dobrze od 10 miesięcy. Mam kilka bronzerów, ale ten najbardziej mi pasuje. :)



 4) Róż z tej samej stajni co bronzer, czyli Benefit Rockateur. Opakowanie kartonowe, jednak wzorek przypomina koronkę co może nam sugerować, że jest to delikatny produkt. Róż jest dość ciemny i z lekkim błyskiem. Dobrze nosi się bez bronzera.


Niestety napis ROCK już mi się wytarł. Nic nie trwa wiecznie. 


 5 i 6 kremowe cienie. Bikini-tini i r.s.v.p. Są to moje ulubione cienie, a miałam już styczność z kilkoma. Długo się utrzymują i przeważnie nie rolują (czasami zdarza się gorszy dzień). Są jasne i delikatne, więc lubię używać ich jako bazy pod cienie. 

Jak widać na zdjęciu poniżej r.v.s.p w porównaniu do Bikini-tini wypada jak maluszek, a po sprawdzeniu gramatury cienie różnią się tylko o 1,3g.
R.s.v.p. ma 3,2g, a Bikini 4,5g.


Maluszki można dostać w trzech zestawach Benefit World Famous Neutrals. W zestawie są po 2 cienie kremowe i 4 prasowane za 130zł. Natomiast jeden pełnowymiarowy kremowy cień kosztuje 89zł. Więc zestawy to ciekawa alternatywa.
Od lewej bikini-tini, r.s.v.p

7) Ostatni, ale nie najgorszy to rozświetlacz Mary-Lou Manizer od theBalm.
Daje ładną szampańską poświatę, nadaję się zarówno na dzień jak i na wieczorne wyjście.
Opakowanie plastikowe imitujące metal. I jak pozostałe produkty jest utrzymane w klimacie pinup.

A tu taki mały szkopuł. Rozświetlacz wyleciał mi z opakowania. Dobrze, że się nie rozwalił. 
Teraz już jest ładnie przyklejony i mam nadzieję, że bezpieczny :)

 Miałyście, któryś z tych produktów?
Co o nich myślicie?



1 komentarz:

  1. W moich ulubieńcach też będzie cień w kremie Benefit :D
    Używam go codziennie i idzie mi tak dobrze, że chyba skuszę się na zestaw o którym wspomniałaś.
    Ale to dopiero w przyszłym półroczu :P
    BEn Nye próbowałam, ale jakoś się nie przekonałam. A Mary-Lou uwielbiam, chociaż jak wiesz, cały czas czekam na chłodniejszą wersję.

    OdpowiedzUsuń