sobota, 14 stycznia 2017

Ulubieńcy 2016 roku - makijaż

Witam się z wami w 2017 roku!
Mam nadzieję, że nadchodzący rok przyniesie wam same cudowne dni!


Pierwszy wpis wypadałoby poświęcić ulubieńcom zeszłego roku! Jak ten czas szybko zleciał, masakra! Miałam mieć ulubieńców sezonowych, ale mi nie wyszło, może tym razem się uda?Jeśli chcecie poznać moich kosmetycznych ulubieńców z 2016 roku to zapraszam dalej.

Rok 2016 mogę nazwać rokiem odkrywania nowych marek, bo udało mi się zapoznać z kosmetykami Kat Von D, w bardziej obszernej wersji niż tylko pomadki. Nowościami w moich zbiorach były podkład i korektor Lock It, co prawda zapoznane w sierpniu, ale często eksploatowane, gdy upały dały nam spokój. Kosmetyki te to prawdziwe petardy, zakryją wszystko. A na mojej suchej, w kierunku do mieszanej skórze nie odczułam jakiś nieprzyjemności. Nie wysuszały (bo nie nosiłam codziennie), nie podkreślały suchych skórek i były dla mnie dość nie wyczuwalne na skórze. Troszkę poszalałam z kolorem i na zimę mógłby być ciut jaśniejszy, ale tragedii nie ma. Nadal używam bardzo chętnie i planuję zakup innych odcieni.




Zostając przy Kat to jej Tattoo Liner w odcieniu Trooper jest najlepszym linerem jaki do tej pory miałam, przebił mojego ulubieńca z Marca Jacobsa. A pędzelek jest tak precyzyjny, że do tej pory nie mogę wyjść z podziwu. Prawdziwie czarna krecha, wystarczający na długo. Nawet tak niewprawiona ręka jak moja potrafi narysować prostą cienką kreskę. A przy innych tego typu produktach miewam problemy. Niedługo pojawi się jego obszerniejsza recenzja. *Słyszałam dużo o linerze z Toma Forda i przyznam szczerze, że chętnie bym je ze sobą zestawiła.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała tuszu. Ten ma przedziwną szczoteczkę, z którą należy nauczyć się obchodzić (jest bardzo giętka i ma specyficznie rozmieszczone "włoski", ale później.... o rany. Mam liche rzęsy i często, gęsto nie wyglądają za specjalnie. A tu przy dziennym makijażu są podkręcone, pogrubione i wydłużone. Najlepszy tusz jaki miałam. Kupiony stacjonarnie cenowo wychodzi niewiele więcej niż tusze L'oreala zakupione bez promocji.


Drugim tuszem, który w minionym roku zwrócił moją uwagę i bardzo, bardzo mi się spodobał był tusz Tarte Lights Camera Lashes, niestety mój egzemplarz to miniaturka, jednak wystarczyła na bardzo długo. Rzęsy są wydłużone, pogrubione i rozdzielone, więc wszystko co potrzebne przy codziennym malowaniu.

A gdy nie miałam ochoty na czarną kreskę to ratował mnie kremowy eye liner z Zoevy w odcieniu Baroque. Bardzo miękki, nawet po długim czasie używania nie zmieniła się jego konsystencja. Produkt dobrze nabierał się na pędzelki skośne jak i precyzyjne. Podczas malowania czuję, że nakładam na powieki masełko. Szkoda, że teraz nie widzę go na stronie. Nie wiem... chyba go wycofali, bardzo żałuję.



Ostatnim ulubieńcem jaki wyszedł spod ręki Kat są pomadki, a w szczególności znana wszystkim Lolita, która jest dość specyficzna, bo czasami wygląda na brązową, czasami szarawo-siną. Potrafi dodać uroku do makijażu, a innym razem całkowicie oszpecić, więc to taki bardziej hate-love w naszym przypadku jest.
Będąc przy pomadkach muszę wspomnieć o matowych pomadkach Anastasia Beverly Hills, a w szczególności o trzech odcieniach Crush, Kathryn, Catnip. Nałożone na wypeelingowane i wcześniej nawilżone usta utrzymują się przez prawie cały dzień, w zależności od tego co w trakcie się zje, ale jeśli nie będzie to nic tłustego to od rana do wieczora można cieszyć się kolorem na ustach. A do tego nie wysuszają ich. O tych pomadkach miałam pisać już dawno, może w końcu mi się uda, więc już zapraszam na post im dedykowany... niedługo będzie. :)

Ostatnim odkrytym kosmetykiem do ust są matowe pomadki z Jouer. W ogóle to powinnam wspomnieć, że wykończenie matowe pomadek było moim ulubionym. Pomadki z Jouer w moich zbiorach skupiają się w okół jednego, słusznego według mnie koloru, czyli brudnego różu. Ale tak się złożyło, że i ten kolor zawsze zwracał moją uwagę. Pomadki te są fajnie kremowe, mają wykończenie matowe, ale nie wysuszają ust, gdy zastygają i noszę je cały dzień. Gdybym mogła to przygarnęłabym je wszystkie! O nich też będzie post :)


Wrócę jeszcze na chwilę do kosmetyków ABH, bo Brow Wiz to hit nad hitami do podkreślania brwi. Zużyłam niestety swój pierwszy egzemplarz, a za chwilę już musiałam kupować następną kredkę, bo nie znalazłam jeszcze idealnego zamiennika. A próbowałam wielu kredek. Brow Wiz jest tylko jedna! Czuję, że będzie to stały punkt w mojej kosmetyczce. Tylko, niestety kupiłam inny kolor niż do tej pory miałam...  mam nadzieję, że będzie pasował. 


Przeglądając moje "zbiory" cieni stwierdziłam, że w tym roku nie sprawdziłam się jako cienioholiczka, bo naprawdę niewiele trafiło ich do mnie, ale za to były naprawdę udane. Podczas zeszłorocznych wyprzedaży w Douglasie skusiłam się na dwie palety cieni Toma Forda Golden Mink i Cognac Sable i muszę powiedzieć, że cienie te są obłędne! Super miękkie, nakładają się jak chmurka. Sama przyjemność z ich używania, a kolory są takie, że nadają się zarówno na dzień jak i na wieczór. Dlatego podczas ostatniej wyprzedaży skusiłam się jeszcze na dwa zestawy Cacao Mirage i Orchide Haze, mam nadzieję, że z tych będę równie zadowolona.


Dosyć sporą nowością w mojej kosmetyczce jest paleta cieni Charlotte Tilbury w odcieniu Dolce Vita, jakością i przyjemnością użytkowania mogę je porównać do cieni Toma Forda. I na pewno skuszę się na kolejną paletkę, bo jest poręczniejsza i wydaje się, że będzie wygodniejsza podczas podróży. A do tego różnorodność kolorów jest większa niż w przypadku palet TF. Od niedawna kosmetyki Charlotte Tilbury dostępne są na stronie Cult Beauty, więc podejrzewam, że będę tam częstym gościem.



Ostatnimi cieniami są pojedyncze musiki/cienie w kremie z Burberry. Bardzo miękkie, przyjemne w użyciu z syntetycznym pędzlem. Świetnie sprawdzają się w dni, gdy nie mam ochoty albo czasu na kombinowanie z makijażem oczu. To jeden kremowy cień wrzucam na powiekę i makijaż gotowy. Nawet nałożone bez bazy utrzymują się cały dzień.


Jeśli chodzi o róże to najczęściej używałam poznanych w grudniu 2015 roku, róży z Burberry. Do posiadanych wtedy 3 odcieni, w 2016 dołączyły kolejne 3. Dwa pełnowymiarowe i jedna miniaturka (pochodząca ze świątecznego zestawu). Chyba niedługo uda mi się zebrać je wszystkie *jak pokemony :)* Jeden z nich to nabytek z ostatnich wyprzedaży.
Uważam, że formuła tych róży jest najlepsza z jaką do tej pory się spotkałam, a do tego każdy ma swój unikalny zapach! Czy to nie obłęd?  Nakładają się łatwo i przyjemnie. Ich pigmentacja jest odpowiednia, bo nie ma szans, żeby zrobić sobie plamy. A zawsze można dodać, jeśli jest dla nas za mało intensywny.


Kolejnymi różami, które zagościły u mnie są róże Air Blush z Marc Jacobs. Podoba mi się to, że są to róże ombre i w zależności od potrzeby można mieć 3 róże z jednego. Ich formuła bardzo mi odpowiada. Są bardziej intensywne niż róże Burberry, ale bardzo dobrze się nakładają i rozblendowywują. Na początku nie wiedziałam na który się zdecydować, więc wybór padł na najbardziej uniwersalny Kink & Kissess, a gdy już go poznałam i pokochałam to wiedziałam, że muszę mieć kolejny bardzo typowy odcień, czyli Night Fever & Hot Stuff (który niestety z jakiś powodów nie jest dostępny w Polsce). A ostatnim "bratem" stał się Lines & Last Night, już niewiele brakuje do pełnego składu. Jednak tylko Flesh&Fantasy mnie interesuje.


Kolejną marką do której rozwijałam swoją miłość w minionym roku jest Hourglass. Podkład, o którym pisałam ostatnio tutaj, jest jednym z moich ulubieńców tego roku mimo, że ma kilka małych wad.  A pędzel, który w mojej gromadce jest od kilku tygodni już zawładnął moim sercem, bo z tym podkładem jak i innymi świetnie współpracuje. Jest to DUET IDEALNY. Muszę tylko znaleźć odpowiedni puder :) 
O bronzerze pisałam w zeszłym roku to w tym wspomnę również o różu, bo aaaa cudowny jest! Kolor w opakowaniu może przerażać, bo swoją intensywnością daje po oczach. Za to na policzkach jest trochę delikatniejszy. Rozświetlacz niestety nie zawładnął moim sercem, jednak nie jest on taki zły. Tylko... w tym roku znalazłam coś dużo lepszego! Paleta pochodzi z ostatnich zakupów i jeszcze się z nią porządnie nie zaczęłam bawić, ale jeśli będzie na takim samym poziomie co poprzednie kosmetyki to czuję, że się nie zawiodę.


Świetne rozświetlacze w tym roku wypuściła na rynek firma Cover FX. W podobnej postaci do swojego kultowego podkładu, czyli w kroplach, które można dodać do podkładu, bazy lub same. Używać je można wszędzie, pięknie wyglądają jako sam rozświetlacz, ale można nimi ładnie rozświetlić jakąś pomadkę na środku, albo nałożyć je jako cień na powiekę. Kropla dodana do podkładu sprawi, że cera będzie wyglądać zdrowo i promiennie. W serii mamy do wyboru 6 odcieni, 3 typowo rozświetlające i 3 z lekkim bronzem, które można używać jako bronzera latem! Do tego świetnie nada się Sunkissed, bo pozostałe wydają mi się dużo ciemniejsze i lepiej pasują do śniadej/ciemnej cery. W momencie premiery jak i ok. 3-4 miesięcy później były hitem, wszędzie wyprzedane. Za to teraz można je już dostać bez większych problemów. 


Rok 2016 uważam za rok roświetlaczy, mimo, że od zawsze mnie do nich ciągnęło to tym razem przeszłam samą siebie! Trafiłam na najlepszy z najlepszych, czyli Laura Mercier Matte Radiance Baked Powder w odcieniu Highlight 01! Sama nazwa jest trochę myląca, ale to idealny rozświetlacz na każdy dzień, którego intensywność można budować. Nie jest nachalny, ani mocny. Bez drobinek oraz świecidełek. Czysta tafla.
Będąc przy kosmetykach Laury Mercier to muszę wspomnieć o moim ulubionym pudrze, którym jest Loose Setting Powder w odcieniu Translucent! Najlepszy puder utrwalający/matujący jaki w życiu posiadałam! Daje matowe wykończenie, ale nie jest ono płaskie. Zużyłam całe opakowanie i nie planowałam zakupu kolejnego, bo postanowiłam zrobić małe "czystki". Jednak długo w tym nie wytrwałam, bo już u mnie jest i nie wyobrażam sobie teraz, żeby mogłoby go zabraknąć. 
Nadal lubię pudry Hourglass, jednak LM daje całkiem inne wykończenie.


Bazy, po które sięgałam najczęściej są dwie, dające całkiem różne efekty. Pierwsza z nich to baza Under cover z Marc Jacobsa bardziej nawilżająca,  a druga to Guerlain L'Or z dodatkiem złota - odrobina luksusu każdego dnia. Skóra jest wygładzona, sprężysta i jakby lekko uniesiona. 


Podkład, który najlepiej sprawdził mi się na początku roku jak i w wakacje to CC Cream z Chanel, który daje piękne zdrowe wykończenie, czasami wydawało mi się, że lekko mokre, ale bardzo przyjemne. Twarz od razu wyglądała na wypoczętą.
Kolejnym podkładem był Givenchy Tient Couture, podkład o lekkim kryciu na dobre dni, gdy chce się ujednolicić kolor. Jednak ma w sobie coś co sprawia, że chętnie po niego sięgam.


To by było na tyle! Dotrwałyście do końca?
Jacy byli wasi ulubieńcy poprzedniego roku?


Pozdrawiam i życzę wam udanego weekendu!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz