niedziela, 21 grudnia 2014

Berlin / relacja z wizyty

Tydzień temu wybrałam się na Jarmarki Bożonarodzeniowe do Berlina. Do stolicy Niemiec nie mam daleko, bo tylko 200km, a do tej pory, nie licząc wizyt na lotniskach, w mieście byłam tylko raz. Dlatego przy okazji jarmarków chciałam zobaczyć coś więcej.
W sumie pomysł wyjazdu zrodził się ponad miesiąc temu, jednak dopiero tydzień przed ogarnęłam nocleg, bo oczywiście im bliżej terminu nas interesującego tym taniej, chociaż bywa, że możemy się zagapić. Ja kolejny raz skorzystałam z oferty booking.com. Nasz hostel mieścił się w dzielnicy Panków, pokój był duży z aneksem kuchennym z małą lodówką. Co do czystości to można mieć zastrzeżenia, bo z grubsza było ogarnięte, jedynie pod łóżkami można mieć zastrzeżenia. Jednak było ciepło i miałyśmy czystą pościel. Łazienki były  wspólne, nam trafił się pokój obok, więc można powiedzieć, że była nasza :D Nikt z niej nie korzystał.
Bilety za to kupiłyśmy na ostatnią chwilę, trochę nas zdziwiło, że na międzynarodowe przejazdy PKP jest tylko 25% zniżki, ale nasza wina, bo nie sprawiłyśmy. *Taniej wyszedłby wyjazd autem*
Jechałam razem z koleżanką i jakoś żadna z nas nie pomyślała, żeby zapytać drugiej czy ma jakieś plany odnośnie wizyty. Ja w ostatniej chwili, bo w piątek wieczorem ogarnęłam jak przemieścić się z dworca wschodniego na najbliższe jarmarki i do hostelu. Jednak wszystkie drogi były piesze. Niby ściągnęłam na tel jakąś mapę offline, ale kiepsko działała. Za to "inteligentnie" pobrałam aplikację z komunikacją miejską *do której użycia potrzebna oczywiście jest sieć, a my mogłyśmy polegać tylko na wifi*.
 Z dworca bez problemu trafiłyśmy na pierwszy jarmark przy Alexander Platze, za to już zgubiłyśmy się w drodze do jarmarku przy Czerwonym Ratuszu i jakimś cudem wylądowałyśmy na kolejnym z moich punktów wycieczki, czyli jarmark Nostalgischer Wiehnachtsmarket. Przystanęłyśmy na chwilę, wypiłyśmy po kubku grzanego wina i udałyśmy się na kolejny jarmark. Gendarmen Market,do którego również droga w naszym wykonaniu była bardzo kręta. Ale tak to jest jak ma się słabą orientację w terenie i nie ogarnia, z której strony się idzie. Jednak najważniejsze, że dotarłyśmy na miejsca.
 
Jarmark przy Alexander Platze zapewne spodoba się młodszym osobą, bo w większości są tam karuzele i różnego rodzaju atrakcje dla dzieciaków. Oczywiście jest kilka miejsc, gdzie można zjeść kiełbaski, napić się wina czy ciepłego kakao. A jak komuś się nudzi to może udać się na szybkie zakupy do centrum Alexa, do którego można wejść bezpośrednio z jarmarku.
Nostalgischer Wiehnachtsmarket to już atrakcje dla dorosłych, bo można kupić różnego rodzaju wyroby skórzane, drewniane i ogólnie rękodzieła. Karuzela jest jedna i to dla takich dzieciaczków do 6-7lat. Oczywiście są namioty z jedzeniem i piciem. Z głodu nikt nie padnie. Dużą popularnością na wszystkich jarmarkach cieszą się owoce w czekoladzie.
Gendarmen Market to jedyny z odwiedzonych przez nas płatny jarmark, niedużo, bo 1€, ale zawsze. Mieści się w ładnej okolicy. Jeśli miałabym wybierać między jarmarkiem przy Alexander Platze, Nostaligscher i Gendermen to wybrałabym ten ostatni, bo tam najbardziej czuło się klimat świąt. Mimo, że pogoda była jesienno-wiosenna. Tu już typowo dorosły jarmark, duża ilość budek z jedzeniem, przeważnie kiełbasy, szynki itp, ale znalazła się budka z pizzą, pieczonymi ziemniakami i pysznym kakao. Na każdym jarmarku były też budki z Crepes, czyli naleśnikami na słodko, w sumie bardziej kojarzą mi się z Hiszpanią, a nie Niemcami, ale co kto lubi. 


W Gendermen możecie kupić unikatowe bombki, naprawdę różnorodne, piękne drewniane szopki (zabierzcie ze sobą karty kredytowe) pan podobny do Gapetta dłubie w drewnie, jego figurki są dopracowane w każdym calu i wyglądają jak żywe (oczywiście te większe) jednak ceny są kosmiczne, mała drewniana owieczka, która była nie większa niż palec wskazujący kosztowała 20€. A szopki to po 750€ chodziły i to nie wiem czy z "wyposażeniem". Jest tam również pani, która robi dziwne skórzane torby, oraz stoisko z naturalnymi kosmetykami - kremy do rąk są cudowne, jednak znowu cena.... przeraża, za 50ml - ok 50€. ;o
Z napełnionymi brzuszkami, nacieszonymi oczami i pustymi torbami udałyśmy się w drogę do hostelu. Tak ogarnęłam wszystko, że zapomniałam sprawdzić co dojeżdża w rejony hostelu, albo chociaż JAKI TAM JEST PRZYSTANEK. Ale co tam... wsiadłyśmy do metra, która sobie jechało o gdzieś... ale że była tam tylko jedna linia to trzeba się było przemieścić. Przejechałyśmy dwa przystanki, bo gdzieś zauważyłyśmy, że tam jest jakaś krzyżówka. Wyszłyśmy na ulice... prawie załamane i eureka! może złapię tu wifi i sprawdzę czym dojedziemy... nie wiem czy to głupi ma szczęście... ale bez problemu złapałam sieć (co przy późniejszych próbach w innych rejonach miasta okazało się nieosiągalne) szybko znalazłam dla nas pojazd i szczęśliwe udałyśmy się do hostelu.
Tu poszło już z górki, bogatsza o doświadczenia tym razem zrobiłam "zdjęcia" rozkładów do miejsc do których chciałyśmy się udać i z powrotem *jednak wyciągam wnioski*.
Nastała chwila odpoczynku, regeneracji sił i udałyśmy się na kolację... jak to jesteśmy w Berlinie to trzeba zjeść kebaba, bo tu najlepsze. W sieci wyszukałam, że bardzo chwalą Mustafa's gemuse kebab. To tam pojechałyśmy, oczywiście, że dojechałyśmy na stację, ale znalezienie nie było już takie proste jak się wyszło z drugiej strony :((( Po godzinie odstanej w kolejce dostałyśmy nasze bułki... w porównaniu do polskich były o połowę mniejsze... i zastanawiałam się, gdzie tu szał. Jednak, gdy spróbowałam to było coś innego niż zawsze. Poza standardowym mięchem, surówkami, w kebabie znalazły się grillowane warzywa, z dobrymi przyprawami, ser kozi? wszystko skropione cytrynką. Wyczuwalne były też pietrucha, bazylia i mięta. I mimo, że na początku bułka wydawała się mała to porcja była zadowalająca. A to za jedynie 3,20€, tortilla, a raczej durum była za 4,50€. Można też wziąć opcję bez mięsa. Polecam udać się we wcześniejszych godzinach, bo o 18 to już poważne kolejki się robią, czas szybko mija. Więc jeśli macie trochę czasu na zmarnowanie to sprawdźcie to miejsce. Oczywiście tak szybko wgryzłyśmy się w kebaby, że zapomniałam o zdjęciu :( I posiłkuję się fotką z sieci.
Źródło

Jarmarki były, jedzenie było to teraz czas na małe zwiedzanie, prawda? Ze zdjęciem rozkładu, a raczej linii, którymi dostaniemy się do Bramy Brandenburskiej udałyśmy się do podziemi. Kilka przystanków i już trzeba było się przesiadać. Ale zanim przesiadka to szybka wizyta w Lushu, bo mi sklep pojawił się na horyzoncie. Następnie szukanie dworca, bo skąd ja mogę wiedzieć, że nie tylko linia U, ale także i S jeździ pod ziemią, a ja głupia szukam tramwaju. :)


Brama jak brama, ale "zabytek" odhaczony.... teraz czas na Podstamer Platz, z kawałkiem muru berlińskiego i kolejny jarmark, przy którym była LODOWA ZJEŻDŻALNIA!!! Aaaaaaa
Pierwsze pieczone kasztany, ciekawe doświadczenie i powrót do hostelu.


Oczywiście jarmarki najlepiej prezentowały się nocą :)

Poranna pobudka, wymeldowanie się i czas na poszukiwanie jedzenia, wybrałyśmy kawiarnie, bo restauracja do której planowałam iść była jeszcze zamknięta :(

Potem szybki przemarsz do centrum i w końcu odnalazłyśmy jarmark przy Czerwonym Ratuszu!! I ten okazał się najpiękniejszy, duże przejścia i najładniejsze rzeczy, kupiłam dwa kręcące się świeczniki :) Mama się ucieszyła, bo podobny miała w dzieciństwie i planowała zakup na allegro :)
Najbardziej podobało mi się LODOWISKO na środku jarmarku. Oraz prześliczne skarbonki z kokosa! Szkoda, że były takie duże, bo chętnie zabrałabym jedną do domu, jednak ciężko byłoby mi się zdecydować.




Ponownie odwiedziłyśmy jarmark przy Alexander Platze i udałyśmy się w stronę dworca, jednak najpierw chciałyśmy zobaczyć, gdzie przebiegała granica między wschodnim, a zachodnim Berlinem. Przeszłyśmy kawałek drogą muru i zadowolone z wyjazdu udałyśmy się na pociąg.
Wypad minął naprawdę bardzo szybko i uważam go za udany. Mam nadzieję jeszcze w niedalekiej przyszłości odwiedzić Berlin. Gdy tylko podszkolę swój niemiecki, bo na razie ogranicza się do kilku słów. Ale dałam radę, oczywiście angielski zawsze pomocny *na jarmarkach nie miałam problemu z porozumieniem się w czasie zakupów*.

Z takiej technicznej sprawy to warto sprawdzić bilety, my zdecydowałyśmy się na bilet całodniowy, za 6,70, bo jedno przejazdowy był za ok 2,00€. Jednak nie jest tak jak u nas, że bilet ważny jest dobę, a niestety... jego ważność mija o 3.00 następnego dnia. Dlatego jak ktoś przyjeżdża w nocy to mu nie opłaca się kupować biletu całodniowego. Mimo licznych przejazdów jak na jedno sobotnie popołudnie to nie trafiłyśmy na żadną kontrolę. A w niedziele zaliczyłyśmy poranny i popołudniowy spacer :)

7 komentarzy:

  1. uwielbiam świąteczne jarmarki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, już na przyszły rok przyszły rok planuję kolejny wyjazd. :)

      Usuń
  2. Właśnie dziś w nocy wróciłam z podobnego wypadu. Pojechaliśmy samochodem, zwiedziliśmy jarmarki w Berlinie, pojechaliśmy tez do Poczdamu ;) Uwielbiam świąteczne Niemcy, pięknie tam jest! Na AleksanderPlatz można pojeździć na łyżwach ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie myślę, że na przyszły rok wybiorę się autem, nie mam daleko. :) Najgorzej to z parkingami, bo do soboty wieczora są płatne. ;/

      Usuń
  3. Nie miałam jeszcze okazji odwiedzić Niemiec, ale mam w planach :) Takie spontany są najlepsze i sama się dziwię jak łatwo można się dogadać nie znając języka ;) Btw spodobały mi się świeczniki, więc mam nadzieję że są na Allegro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak są, bo mama mówiła, że chciała kupić. I nawet tańsze :)

      Usuń
  4. uwielbiam Berlin, kilka razy wyjeźdzam choćby na weekend lub na koncert :)
    na szczęście mam tylko 300km, autostradą to tylko 2,5h :)

    OdpowiedzUsuń