czwartek, 2 lutego 2017

Plynne pomadki: Kat von D Everlasting Liquid Lipstick


     Jako, że w moich małych kosmetycznych zbiorach gości całkiem sporo produktów do ust, a zwłaszcza płynnych pomadek to kiedyś wpadło mi do głowy, że fajnie byłoby je opisać. No to jestem! Mam nadzieję, ze serię postów uda mi się w dość krótkim czasie doprowadzić do końca, a oczywiście najlepiej zacząć od sprawcy całego zamieszania, czyli od matowych pomadek Kat von D.
Cały hype na płynne, matowe pomadki powstał około trzech lat temu, jak zwykle do nas dotarł trochę później, ale już całkiem sporo jest na topie. Obecnie z matów powoli się wychodzi bardziej na satynowe wykończenia i coś co jest dla mnie sporym szokiem, czyli metaliczne pomadki.



     Jednak dziś nie o tym, w tym poście chciałabym wam przedstawić pomadki Kat von D, w swoich małych zbiorach mam ich tylko 3. Mówię tylko, bo cała seria pomadek liczy ich, aż 34 (dostępnych w USA) i 27 (dostępnych w Europie... np. w Hiszpanii). Więc jest to całkiem spora gromadka, w której każdy może znaleźć coś dla siebie, w zależności od upodobań. Od nudziaków przez zgaszone brudne róże, czerwienie, bordo do awangardowych fioletów, granatów czy czerni. Czy dany kolor będzie pasował to już naprawdę zależy od preferencji jak i urody nosicielki. Różnie to jednak bywa.
 

Od razu chciałabym powiedzieć, że przed nałożeniem jakiejkolwiek płynnej pomadki nakładam na usta balsam, którego nadmiar ścieram po ok. 15-20minutach i dopiero aplikuję kolor. Zauważyłam, że przy takim sposobie pomadki utrzymują się dłużej i nie wysuszają ust.  






Wygląd

Długie, wąskie, podłużne tubki. Opakowanie wykonane jest z trwałego przezroczystego plastiku, przez który widać jaki kolor znajduje się w środku opakowania. Niestety jest na tyle wysokie, że nie mogę go postawić w szufladzie i musi być przechowywane w pozycji leżącej. W opakowaniu znajdziemy 6,6ml.

Aplikator

Standardowy aplikator z ściętym pod kątem czubkiem, jest dość giętki i łatwo sunie po ustach równomiernie nakładając pomadkę.
Niestety czasami bywa tak, że mimo iż kolor jest nałożony równomiernie to gdzieś zdarzy się, że przebija jeszcze naturalny kolor ust, zwłaszcza jeśli są one mocno napigmentowane. Jeśli chcemy dołożyć kolejną warstwę do pełnego pokrycia kolorem to musimy chwilę odczekać, aż pomadka zaschnie na ustach i wtedy dołożyć. Jednak, gdy w trakcie dnia się zjada to warto pomadkę zmyć i nałożyć od nowa, bo mogą powstać nieestetyczne grudki. 

Trwałość 

Jeśli chodzi o trwałość to moim zdaniem nie są one najtrwalsze, ponieważ już po ok. 3h od noszenia widać ubytki. Zjada się od środka, a następnie znikają z kącików ust, więc na koniec dnia może pozostać nam obwódka jak po konturówce na ustach i trzeba się z tym pilnować.
Gdy już zasną na ustach to się nie odbijają jak gdzieś nimi przypadkowo dotkniemy, bądź całujemy.  Jednak, gdy zwilżymy usta jakimś napojem to potrafią zostawić ślad na szklance/kubku. Najwidoczniej po kontakcie z wodą coś ich formuła staje się bardziej płynna. 

Komfort noszenia

Moim zdaniem to jedna z ważniejszych kwestii przy wyborze matowych pomadek, ponieważ są takie co potrafią zrobić z ust Saharę. W przypadku pomadek Kat von D, nie odczuwam żadnego ściągnięcia ust, pomadka nie zbiera się ani nie podkreśla suchych skórek.



Kolory

W opakowaniach wyglądają na bardziej delikatne, zgaszone, jednak na ustach pokazują swój pazur i często są one dużo intensywniejsze niż mogliśmy zakładać na początku.
 

Dostępność

Jak już wcześniej napisałam pomadki Kat von D nie są dostępne w Polsce w bezpośredniej sprzedaży, w swoim asortymencie mają je strony takie jak premiumusa i houseofbeauty. Można też je dostać w Sephorze w Hiszpanii jak i Debenhams w Londynie. I oczywiście na stronie amerykańskiej Sephory. 
Więc trzeba się trochę natrudzić, żeby położyć na nich swoje ręce i je wypróbować. 

Cena

I tu w zależności gdzie kupimy cena może wynosić 20$, 20€, 119zł  bądź też 131zł. Więc rozrzut jest całkiem spory. 




W swoim posiadaniu mam 3 odcienie Lolita, Beloved and Lovesick. 

Lolita to taki brudny brąz, z odrobiną szarości, widziałam u wielu osób, że pięknie wygląda na ustach. Mnie się podoba bardzo na swatchach, jednak gdy nałożę go na usta to wyglądam jak wamp. I najlepiej byłoby go od razu zmyć, żeby innych nie straszyć. Dlatego na szczęście dla innych chodzę w niej tylko po domu, ewentualnie na leśne spacery z psem. 

Beloved, mogłoby się wydawać, że jest to koralowyróż, bo ma w sobie trochę z różu, trochę z pomarańczy. Jednak na ustach przedstawia się już zupełnie inaczej, bo robi się z niego bardziej brzoskwiniowy. I jak mieszanki koraloworóżowe lubię tak samego koralu/brzoskwini nie lubię na swoich ustach.

Lovesick, w opakowaniu wygląda na chłodny róż, na ustach widać domieszkę zimnego fioletu. Jest to raczej kolor chłodny. I chyba w nim najlepiej się czuję.


Próbowałam zrobić ładne zdjęcia z prezentacją kolorów na ustach, ale wychodzi mi tragedia. Nie nadaję się do tego. Mam dwie fotki z po lewej Lovesick, a po prawej Lolita na ustach i oglądacie je na swoją odpowiedzialność....




Przyszedł czas na podsumowanie, gdy poznałam pomadki Kat von D to uważałam, że są najlepsze, najfajniejsze i wow. Coś innego. Ale, gdy powoli zaczęłam zagłębiać się w temat, a zwłaszcza ostatnio poznałam sporo innych i dużo lepszych pomadek.... to w tej chwili uważam je za mocno średnie, dość przeciętne. I wcale nie takie super jak było o nich moje przekonanie do tej pory. Przyznam się wam, że często po nie sięgałam na początku, ale z każdą nową/inną pomadką leżały i się patrzyły na mnie. A teraz do testów postanowiłam sobie odświeżyć z nimi znajomość i czuję się mocno zawiedziona. 
Planowałam zakup jeszcze dwóch innych odcieni, ale teraz na pewno sobie go daruje. 
I naprawdę sama jestem zdziwiona tym co piszę, bo do tej pory je polecałam innym! A teraz mam mieszane uczucia. 


A wy miałyście, któraś z pomadek Everlasting? Co o nich myślicie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz