Na marzec podjęłam się wyzwania dzięki, któremu MIAŁAM OGRANICZYĆ ZAKUPY.
Poległam na całej linii. Do połowy miesiąca myślałam, że jednak mi się uda, bo zrobiłam tylko zakupy z YR. A przecież nic więcej nie potrzebuję, więc nic nie kupuję.
NIESTETY NIE!
18tego wraz ze znajomymi wybraliśmy się do Berlina, tą wyprawę planowaliśmy od dłuższego czasu i tak się złożyło, że ciotka miała samolot z Berlina do Hiszpanii, a jak już ją zawożę to od razu udam się do sklepów, powiedziałam o tym reszcie i pojechaliśmy.
Cóż zakupy miały być czysto ubraniowe, a głównym punktem wyprawy miał być Primark.
Ja jednak od kupowania ciuchów wolę kosmetyki. Sprawdziłam jakie sklepy są w okolicy i wiedziałam, że nie wyjdę z nich z pustymi rękami. Chyba, że ich nie znajdę!
Znalazłam!
Na SZCZĘŚCIE w The Body Shop nie mieli żadnej fajnej promocji, a ceny regularne skutecznie mnie odstraszają to nie kupiłam nic.
W Lushu nie miałam tyle szczęścia i dlatego tu dziś jesteśmy.
Chciałabym wam przedstawić maseczkę Ayesha. Opisana jest po niemiecku, a ja znam tylko kilka słów. Więc wybaczcie mi, ale opisem będę się posiłkować z KWC i strony producenta.
Maseczkę kupiłam, ponieważ moje pory dają mi ostatnio nieźle popalić,
są strasznie pootwierane i wyglądam jakbym miała dziury na polikach. A
przez to żaden makijaż nie wygląda dobrze i nie ma mowy o zrobieniu
zdjęcia.
Po konsultacji z panią ekspedientką - całe
szczęście płynnie mówiącą po angielsku, która była bardzo cierpliwa,
miła i wyrozumiała. Odpowiedziała mi na każde pytanie - a wierzcie mi
było ich sporo. To były moje pierwsze zakupy w Lush i w sumie sama nie
wiedziałam co chcę kupić.
Ayesha to maska wygładzająca przeznaczona jest dla osób z cerą problemową i chcących wygładzić zmarszczki.
Do stworzenia maski użyto świeżych szparagów, których delikatne enzymy zetrą martwy naskórek i sprawią, że będziemy wyglądać gładko i świeżo.
Ziemia Fuller i oczar wirginijski absorbują bród i olej, pomagają w napięciu skóry, natomiast ocet i olej z czarnego bzu pomagają wyrównać balans i kolor skóry. A miód sprawia, że nasza skóra jest odżywiona. Użyto tu również kiwi, ale nie wiem w jakim celu :)
Producent uważa, że maska jest idealna do użycia przed wielkimi wyjściami, ponieważ po użyciu nasza skóra będzie ściągnięta, rozświetlona i pięknie ożywiona.
Na niemieckim opakowaniu jest napisane, żeby nałożyć maseczkę na 5-10 minut. Na angielskiej stronie 10-15. Ja czekam, aż porządnie zastygnie na twarzy, delikatnie zwilżam wodą i tym co pozostało robię peeling.
Jako, że zrobiona jest ze świeżyć produktów należy ją przechowywać w lodówce, a jej termin ważności to niecały miesiąc od wyprodukowania. Jak widać na zdjęciu wyżej. Moja została zapakowana 12. A ja ją zakupiłam prawie tydzień później. Więc mogę ją używać tylko 3 tygodnie. Szkoda, bo opakowanie jest duże i pewnie starczyłaby mi na dłużej. A tak muszę dawać solidną ilość na twarz, żeby się nie zmarnowała.
Ostatnią ważną do wspomnienia rzeczą jest oczywiście jej cena i pojemność opakowania.
Opakowanie zawiera 45ml i kosztuje 10,45€.
Natomiast w UK 75g kosztuje 5,95£.
Próbowałam przeliczyć gramy na ml bądź odwrotnie, ale wszystko zależy od konsystencji. Ale nawet jeśli opakowania zawierałyby tyle samo produktu to w DE płacimy 42-45zł, a w UK 30zł.
Wiadomo, gdzie zakupy opłacają się bardziej.
A wy co o niej sądzicie?
Sprawdza się u was?
Też prędzej kupię sobie kosmetyk niż ciucha czy buty :> Jest to poniekąd frustrujące, bo właśnie powinnam rozejrzeć się za nowymi balerinkami, ale doskonale wiem jak to się skończy- rajdem po drogeriach, a kiedy będę już zmęczona zacznę szukać butów :P
OdpowiedzUsuńCo do maseczki to z oczywistych względów jeszcze jej nie używałam. Przez ten termin przydatności raczej się nie skuszę. Zanim do mnie dotrze zdąży się przeterminować.
Jeśli chcesz to mogę ci trochę zapakować i wysłać! Pod 8 jeszcze powinna dość i mogłabyś spróbować :>
UsuńBardzo chętnie :)
Usuń